czwartek, 13 września 2012

Jeszcze z Richland...

W sumie długo się nie odzywałam, a działo się duuużo… i dobrego i złego…

Niestety sprawdziły się moje najgorsze przypuszczenia sprzed wyjazdu, co do hostów. Wgl do siebie nie pasujemy. Jakoś na początku mojego pobytu poszliśmy na festyn i zamiast bawić się, szaleć na karuzelach, mini roller costerach i wcinać kolorową watę cukrową, my przez kilka godzin oglądaliśmy zwierzęta w stodołach, czy czymś takim. . . Ekscytujące to było nie powiem!

Fun!!!

bo przecież po co tam iść :(

Na szczęście jak już zbieraliśmy się do wyjścia, zaciągnęłam ich na pokaz hipnozy. To było naprawdę niesamowite! Hipnotyzer wziął kilkanaście osób z widowni, zahipnotyzował ich i kazał robić różne rzeczy. Niestety przyszliśmy na koniec występu, więc widziałam tylko, jak wmówił im, że jest niewidzialny! Siadał na nich, łapał ich z nienacka, ruszał przedmiotami i mówił różnymi głosami, a na koniec po kolei ich ‘usypiał’ (haha najlepsze było, jak został tylko jeden chłopak, reszta już spała, hipnotyzer do niego: nnno zostaliśmy tylko ty i ja! Chłopak przestraszony, nie wie co się dzieje. Hipnotyzer dalej: wiesz kim jestem? A chłopak klęka na scenie i krzyczy: Tak! Tak! To Jezus! Ludzie, czy wy też to słyszycie! :D). Ogólnie to ci ludzie histeryzowali, biegali po scenie, chowali się za krzesłami, albo za innymi ludźmi, byli naprawdę panicznie przestraszeni! Później, gdy wszyscy spali, hipnotyzer podchodził po kolei, dotykał ich i mówił: ty, ty i ty, jak powiem … to wy zrobicie … . Obudził ich i wszyscy wrócili na swoje miejsca na widowni. Później hipnotyzer mówił te umówione słowa i nagle ludzie robili różne rzeczy. Nie pamiętam już wszystkiego, ale było tam coś, że kazał dziewczynie dać występ jak Lady Gaga, a innym trzem osobom kazał tańczyć, jak jej tancerze. Innej dziewczynie wmówił, że jest na przesłuchaniu do reklamy, haha i najlepsze: wmówił chłopakowi, że jest Barbie, dał mu perukę i balony i na umówione wcześniej słowo, chłopak wbiegł na scenę zaczął pozować, a później zaczął śpiewać tą Barbie song! Haha to było genialne <3 Mam filmiki, ale nie chcą mi się wgrać ;/ 

Jeszcze wracając do hostów, nic się nie zgadza z tym, co napisali w aplikakcji. Connie nie ma pojęcia o aparatach i fotografii, Reed umie zagrać może jedną piosenkę na perkusji, ogólnie nie są zbytnio aktywni, ani poukładani (często musiałam na nich długo czekać, przez co spóźniałam się na trening, mecz, itd.), a ich praca… napisali że są nie wiadomo jakimi inżynierami bla bla, a tak naprawdę siedzą tylko przy komputerze i spisują jakieś dane. Dom też nie jest najpiękniejszym miejscem, już nawet pomijając styl i umeblowanie, taki jakby chaos tam panuje, wszystko jest wszędzie, nno i do tego zabawki i sierść psów… Zapach też nie był przyjemny… Nie chcieli ze mną rozmawiać, większość czasu w domu spędzałam sama. Było ciężko, bo nie dość tego że sama sytuacja wymieńca nie jest najłatwiejsza, to jeszcze takie zachowanie hostów… Na szczęście w szkole, po szkole (nie w domu) i na treningach było super! Poznałam mnóstwo wspaniałych ludzi na soccerze, lekcjach, przerwach, a tu nauczyciele są jak twoi przyjaciele… Szkoda, że musiałam ich wszystkich zostawić i nie miałam nawet chwili, żeby się pożegnać : (

Teraz spróbuję nadrobić te najważniejsze sprawy:

We wtorek (28.08) był pierwszy dzień szkoły. Na początku trochę się denerwowałam, a po pierwszych dwóch lekcjach myślałam, że się załamię! Klasa okropna, a nauczyciel chyba sam nie wiedział o czym mówił… Na szczęście później było już tylko lepiej :D Zmieniałam plan kilka razy, najpierw miałam: BioTech, Physics, American Lit, World Hisotry, Photography,(w drugim semestrze US Goverment) i Calculus. Wszystko na najwyższych poziomach i bałam się, że nie dam rady, ale okazało się, że wszystko co mamy zrobić przez ten rok, ja miałam w gimnazjum… Zmieniłam BioTech na Human Anathomy & Phisiology. Myślałam, że bd tam trochę praktyki, itd. Jednak materiał i to wszystko wydawało się strasznie nudne, więc zmieniłam tą klasę na Spanish. Physics zmieniłam na Chemistry i było warto. Super nauczyciel, super ludzie, ciekawe lekcje, właściwie sama praktyka w lab J Na American Lit poznałam najlepszych ludzi, z którymi później spędzałam większość czasu :)  Właśnie jeden z nich (Nate) poznał mnie z dziewczyną z Polski! Tzn. ona urodziła się w Polsce, przeprowadziła się do US, wróciła do Polski i tak jeszcze kilka razy… W sumie było trochę dziwnie rozmawiać z kimś na żywo po polsku :D Oczywiście wszyscy nasi znajomi zgromadzili się w kółku i słuchali tego ‘śmiesznego języka’ J. Na World History byłam najstarsza ;o Mimo, że to poziom collage! Wszyscy byli bardzo mili, a nauczyciel mr. Leggett  jest po prostu niesamowity! Wszyscy siedzieliśmy jakby zaczarowani, gdy on o czymś opowiadał, swoją drogą ma na prawdę ciekawe podejście do tematów. Niestety mimo tego, że jestem wymieńcem nie było zmiłuj… codziennie kilka stron esejów, w których musieliśmy opisywać swoje zdanie, swój pogląd na to czy tamto… Na Photography uczyliśmy się jak działają aparaty i robiliśmy zdjęcia najprostszym urządzeniem, czyli metalową puszką z małą dziurką. W ciemni wkładaliśmy do tej puszki papier na zdjęcie, zamykaliśmy ją szczelnie i zakrywaliśmy dziurkę. I tu robiło się trochę trudniej, bo musieliśmy znaleźć dobre miejsce na zdjęcie, odkryć dziurkę i poczekać jakiś czas (trzeba było dobrze wyczuć, ile światła potrzeba, żeby zdjęcie nie było za jasne, ani za ciemne, a to jest różnica 2s . . .) Ostatnia lekcja – matma. Na początku się przestraszyłam, bo nie miałam pojęcia o co chodzi. Oni mają zupełnie inne sposoby rozwiązywania zadań i patrzyli na mnie jak na dziwaka . . . Haha pierwszy raz poczułam się głupia na matmie :D Jednak po dwóch dniach, kiedy opanowałam słownictwo, zobaczyłam, że to wszystko jest prościutkie. Lekcje wyglądały tak, ze nauczycielka napisała na tablicy zadania, które mamy zrobić w 3 dni, a jak sobie to rozłożymy to nasza sprawa. Ja robiłam dużo na lekcji, ale zostawało też do domu.., średnio 20 zadań, bardzo prostych, ale mozolnych. Był to najwyższy poziom, więc pomyślałam sobie, że po co mam marnować czas w szkole i kilka godzin w domu na robienie nudnych zadań, skoro i tak do tego muszę zrobić polską matmę… Kolejnego dnia zmieniłam Calculusa na Drums. Młody, wyluzowany nauczyciel, śmieszna klasa, a uczyło nas dwóch seniorów, którzy już naprawdę świetnie grają na perkusji. Tam też poznałam kilka fajnych osób :D 

Byłam pod wrażeniem zaangażowania ludzi w szkole. Przewodniczący na prawdę ciężko pracują, wymyślają różne eventy, zabawy. Co chwile pojawiało się jakieś wydarzenie na facebooku i ludzie na prawdę się w to wkręcali. Uczniowie z drobną pomocą nauczycieli, prowadzą coś w rodzaju HanfordTV. Codziennie pod koniec trzeciej lekcji (u mnie AmeLit) gasiliśmy światła i nauczycielka puszczała nam wiadomości na smartboardzie (btw. w każdej klasie takie są plus rzutniki, laptopy, tablety, drukarki, kopiarki, telefon, itd. itp.). Mówili ogólnie, co się dzieję w szkole, np. kiedy będzie spotkanie klubu, kiedy mecz, itp. Zazwyczaj był też wywiad z kimś z drużyny, albo z nauczycielem. Mówili też, kto ma w tym dniu urodziny, co dobrego będzie na lunch i jaki jest dzień (tu każdy dzień ma taką jakby nazwę, np. 'dzień mniej solenia', 'dzień uśmiechu'). Po tym wszyscy wstawali na baczność z ręką na sercu i zwróceni w kierunku flagi mówili coś w rodzaju przysięgi. Jak mi to Nate tłumaczył: taki jakby nasz hymn, ale nie hymn...:D




szkolna gazetka
Jedyne zdjęcie z ukrycia... Tam są podobno straszne kary za używanie telefonów na lekcjach :O

Dużo osób pyta mnie o lunch. W sumie nie miałam stałego miejsca, jadłam z różnymi ludźmi (najczęściej z dziewczyną z Polski, jest świetna :D), z dziewczynami z soccera, albo z wymieńcami. Muszę też obalić stereotypy o popularnych footballistach i wrednych cheerleaderkach . Tu większość footballistów jest niższa ode mnie ;o, tzn. jest kilka porządnie wyglądających seniorów, ale reszta to dzieciaki i nie są zbytnio znani w szkole. Cheerleaderki są bardzo miłe, ciągle się do wszystkich uśmiechają. Za to zauważyłam, że niektóre dziewczyny z soccera podchodzą pod typ wrednej cheerleaderki…

Właśnie! Co do soccera, było tam cudownie. Mimo tego, że nigdy wcześniej nie grałam, wszyscy mnie wspierali, krzyczeli: good job, nice try, itd. Haha, musielibyście zobaczyć moją minę... w sumie to minę wszystkich, jak w pierwszym dniu na meczu treningowym strzeliłam jedynego gola ;o Treningi były bardzo ciężkie, kondycja, siła, plus zagrywki w strasznym upale. I jeszcze to suche powietrze… Ale wspierałyśmy się nawzajem i dawałyśmy jakoś radę morderczym wymysłom Kena. Swoją drogą, długo nie mogłam się przyzwyczaić, żeby mówić do trenerów i nauczycieli na ty…



W każdy piątek jest Falcon Day i lekcje są skrócone o 10min, co daje koniec szkoły godzinę wcześniej. Nie dało się przesunąć treningu, więc większość drużyny zostawała i czekała na hali. Wysyłałyśmy też kilka osób po shake i napoje dla wszystkich :D Było bardzo śmiesznie! Miałyśmy całą część sportową dla siebie i robiliśmy rzeczy... których raczej nie można robić przy nauczycielach na wfie, czy na treningach :)


W piątek, jak przed każdym meczem u siebie, miałyśmy team dinner. W sumie nic nadzwyczajnego, wielki, piękny dom z ogrodem i widokiem na góry, wielki szwedzki stół, mnóstwo jedzenia i picia, taaki tam standardzik tutaj :D Spędziliśmy świetnie czas i też trochę lepiej się poznałyśmy.


Ok 18 wszystkie obowiązkowo wybrałyśmy się na pierwszy mecz footballu w sezonie. Ta gra wydaje się być bez sensu, za to atmosfera i ten school spirit niesamowite! Wszyscy krzyczeli, śpiewali, tańczyli. O dziwo nasza drużyna wygrała :O haha nie chcę być wredna, ale pewnie to będzie ich jedyne zwycięstwo w sezonie :)





Za to dzień później, to my miałyśmy swój pierwszy mecz i wygrałyśmy jakieś 5:0! Kolejny mecz był we wtorek i tam też wygrałyśmy, tym razem 7:0! Niestety nie mogłam grać, bo przyjechałam za późno i do tej pory byłam na 6 treningach (muszę mieć 10). Mimo tego Ken przymknął na to oko i miałam zagrać już w czwartek… Niestety trochę się pozmieniało…






W długi weekend  pojechaliśmy z hostami na wycieczkę. Ponad cztery godziny jazdy z cuchnącymi psami obok. Myślałam, że zaraz umrę, ale powtarzałam sobie, że dla Seattle warto wytrzymać! Taaa dla Seattle może i warto, ale nie dla tego, co zobaczyłam. Kochani hości pokazali mi port… z kilku stron… Szczegół, że mieszkam nad morzem i takie widoki nie są mi obce. Widziałam też targ rybny… Z fajniejszych rzeczy, poszliśmy do nastrojowej knajpki, a później na Space Needle. Cała wycieczka była robiona pod psy, więc nie obeszło się bez wizyt w psich parkach… I w sumie to koniec, na pewno nie tak wyobrażałam sobie wycieczkę do Seattle : ( Nie mam za dużo fotek, bo w sumie nie było czemu robić zdjęć . . .




I w sumie to by było na tyle z Richland... przepraszam za tak długą notkę, o ile komuś chciało się to wgl czytać :D

Buziaki :**

piątek, 24 sierpnia 2012

Pierwsze dni : )


Jestem w USA już prawie dwa i pół dnia i jak na razie jest naprawdę super! Jednak tydzień przed wyjazdem był bardzo napięty. Ostatnie załatwianie wszystkiego, pakowanie i najgorsze, czyli pożegnania : ( Trudno było tak po prostu pożegnać się z ukochanymi osobami, odwrócić się i wyjechać. . . W każdym razie dziękuję Wam za te ostatnie dni ;** Dzięki Wam wiem, że mam do kogo wracać.



Moja podróż zaczęła się we rano wtorek (21.08). Po 8h jazdy dotarłam do hotelu w Warszawie, gdzie spędziłam ostatnie kilka godzin z rodzinką. Nie pospałam sobie za długo, już o 3 musiałam wstawać, żeby szybko się ogarnąć, sprawdzić, czy na pewno wszystko mam i przejść na lotnisko. W samolocie zobaczyłam Julię J, niestety siedziałyśmy trochę daleko od siebie, więc sobie nie porozmawiałyśmy. Na szczęście wszystko nadrobiłyśmy później podczas przesiadek. Pierwszy lot z Warszawy do Amsterdamu minął bardzo szybko, a obok mnie siedział miły pan, który opowiadał mi o swoich podróżach po całym świecie (swoją drogą właśnie leciał do Kenii, później do Mozambiku). Do Seattle wylecieliśmy jakieś 2h później i musieliśmy siedzieć przez ten czas w ogromnym samolocie z mnóstwem ludzi w środku z zepsutą klimatyzacją! Na szczęście sam lot był całkiem przyjemny, jedzenie też znośne. Obejrzałam też kilka filmów, a tym razem obok mnie siedziała pani z Californi, która wracała właśnie gdzieś z Afryki (pomagała dzieciom na terenach po klęskach żywiołowych). 






Przez opóźnienie na lotnisku w Amsterdamie byłam pewna, że już nie zdarzę na kolejny lot. Wylądowaliśmy około 12:40, a mój samolot startował o 13:05. . . W tym czasie musiałam odebrać bagaż, nadać go na następny lot, przejść kilka kontroli, odprawę, dotrzeć metrem na 1. stację po czym biec na drugi koniec lotniska do mojego gate’u. Pospieszałam tych urzędników, prosiłam ludzi, żeby mnie wpuścili przed kolejkę, biegałam jak szalona między . . . właśnie. . . Azjatami! Na początku czułam się jakbym wylądowała w Chinach a nie w USA. Koniec końców dotarłam do Pasco, skąd odebrali mnie hości, koordynatorka Shirley i dziewczyna z Niemiec, która przyleciała dzień wcześniej.



Rodzinka zabrała mnie do domu, oprowadziła, aaale nie dała odpocząć. . . Mimo w sumie 30h podróży praktycznie bez snu, musiałam szybko się ogarnąć bo wieczorem czekało nas przyjęcie. Było jak w filmach: ogromny dom z ogrodem i jacuzzi, ludzie stali na środku wielkiego salonu i rozmawiali z drinkiem w ręku, każdy gość przynosił coś od siebie, był też wielki szwedzki stół. Na początku było trochę wired. . . Wszyscy się znali, rozmawiali, a ja ledwo przytomna z przyklejonym uśmiechem (tu inaczej nie można :D) odpowiadałam: ohh hi yeah yeah nice to meet you too yeah nope oh really that’s great yeah yeah. . . Na szczęście później zeszłam do ‘piwnicy’, w której było mini kasyno, barek, stół bilardowy i pingpongowy, plazma, xboxy i inne tego typu gadżety. Tam poznałam przeuroczego chłopaka, jego siostrę bliźniaczkę i starszego brata. Następne kilka godzin spędziłam właśnie z nimi. Obok kręciła się też 10letnia dziewczyna, która chyba miała ADHD! Wróciliśmy dosyć późno i od razu rzuciłam się na łóżko i padłam. Zapomniałam aparatu, więc zdjęcia dodam kiedy indziej. Zapowiada się, że jeszcze nie raz tam pójdę J 
Następnego dnia obudziłam się przed 5. . . może to przez zmianę czasu. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo dzięki temu poskypowałam sobie z rodzinką i znajomymi <3 o 9 przyjechała po mnie Connie i pojechałyśmy do szkoły ustalać plan lekcji. Nie powiem. . . wzięłam ciężkie przedmioty, ale to dlatego, żeby nie zawalać roku w Polsce. Po południu poszłam zobaczyć jak mniej więcej wyglądają tutaj treningi. W sezonie jesiennym nie ma zbytnio fajnych sportów, więc zostaje mi soccer. . . nigdy w to nie grałam i poszłam w sumie z ciekawości na try outs, ale poznałam ok 50 dziewczyn, z 10 można powiedzieć zakolegowałam się bliżej. Są naprawdę porządnie pieprznięte, czyli dogadujemy się świetnie :D  

Dzisiaj znowu obudziłam się przed 5 ; / O 9 miała przyjechać po mnie koordynatorka z Niemką i miałyśmy jechać do szkoły poznać innych wymieńców, mieli też nas oprowadzać po szkole (w sumie już wiem, że oprowadzi nas ‘syn’ counselor. Był on wymieńcem kilka lat temu, bardzo mu się spodobało i tak zżył i polubił się z rodzinką, że jest tu już trzeci rok. Nie wiem dokładnie skąd jest, ale na pewno z Europy. Counselorka powiedziała mi, że jak usłyszał, że przyjeżdża dziewczyna z Polski strasznie się ucieszył, jest so excited i już nie może się doczekać kiedy mnie pozna J Nie wiem co się dzieje, ale jest już 10:15 i nikt nie przyjechał, telefonów też nikt nie odbiera. . . Po południu idę na pierwszy trening soccera i kurcze szczerze mówiąc trochę się boję. Te dziewczyny grają od małego, a ja może z pięć razy kopnęłam piłkę na podwórku z kuzynami. . . Wczoraj mówiły, że nie mam się czego bać, a jakbym czegokolwiek potrzebowała, nie wiedziała, itd. to od razu mi pomogą J W każdym razie kupiłam już sobie cały soccerowy equipment.


Z rodzinką dobrze się dogaduję, od początku czuję się tu swobodnie. Mam swój pokój i łazienkę, jednak najbardziej lubię naszą ‘piwnice’, gdzie znajduję się ogromny telewizor, kino domowe, płyty iii perkusja <3 (zresztą jak na razie wszyscy, u których byłam mają odjechaną piwnicę!). Na razie jedyne co zaczyna mnie trochę denerwować to psy. . . Są wielkie, zarośnięte, trochę agresywne i mają wiecznie mokre śmierdzące gęby ;/ Z językiem też nie mam żadnych problemów, nooo może z wyjątkiem głównego trenera, który jest. . . w sumie jeszcze nie wiem skąd, ale ma strasznie mocny akcent i często przekręca słowa, także nawet Amerykanie go nie rozumieją.

Jak na razie wszystko układa się naprawdę świetnie. W piątek jadę z Aleną  (dziewczyna z Niemiec) na coś w rodzaju festynu/parady, a w sobotę jeżeli nie będzie treningu jadę z hostami do Portland :D
Buziaki ;**

środa, 8 sierpnia 2012

Placement


Ok, tak jak obiecałam będzie notka o placemencie.

Jak już pisałam wcześniej, strasznie późno zgłosiłam się do tego programu i prawdę mówiąc bałam się, że w ogóle dostanę rodzinę. Przez pierwszy miesiąc dosłownie co godzinę sprawdzałam skrzynkę, ale cały czas żadnej wiadomości od biura, aż w końcu sobie z leksza odpuściłam… 
Koniec maja, było jakoś po południu, siedziałam w kawiarni z przyjaciółmi na starówce w Warszawie i wcinałam szarlotkę popijając gorącą czekoladą. . . nic niczego nie zapowiadało . . . gdy nagle telefon od mamy: dzwoniła pani z biura, dostałaś placement! Przez chwilę nie mogłam w to uwierzyć, po czym zaczęłam się cieszyć jak głupia, co Kacperek uwiecznił jakże pięknym zdjęciem ;| Dowiedziałam się tylko, że trafiłam do Waszyngtonu. Po chwilach radości przyszedł czas zastanowienia, a później lekkiego niepokoju. Po kilku dniach dostałam jeszcze informacje o 
 rodzinie, mieście, okolicy i nowej szkole (czyli przysłali mi nazwę szkoły i miasta, informacje, że najbliższe duże miasto jest oddalone o 200mil, brzydkie zdjęcia okolicy, imiona rodziców i w zainteresowaniach było napisane: walking. . .). Ehh muszę przyznać, że co raz bardziej zaczynało mi się to nie podobać, a do tego doszło jeszcze parę innych problemów. Myślałam nawet o zmianie rodziny lub przełożeniu wyjazdu na za rok. Jednak przetrwałam ten kryzys i chyba dobrze na tym wyszłam J Okazało się też, że wystąpił błąd w systemie (bo pełny placement dostałam dopiero kilka dni temu), ale na szczęście rodzinka już wcześniej napisała do mnie maila i bezpośrednio wysłali mi wszystkie informacje i zdjęcia.
To może po kolei:

MIASTO
Trafiłam do Richland w stanie Waszyngton. 


Na początku bałam się, że będzie tam zielono i mokro. . .nic z tych rzeczy! Richland leży tuż przy granicy z Oregonem i jest to półpustynny teren, wokół dużo skał, gór, stepy i praktycznie w ogóle tam nie pada (ewentualnie śnieg zimą), jest sucho, ciepło i słonecznie. 


Same miasto nie jest specjalnie duże (50 tys. mieszkańców), ale już samo Tri-cities wydaje się być spore. W jego skład wchodzą 3 sąsiednie miasta: Richland, Kennewick i Pasco, leżące nad 3 rzekami: Colubia, Snake i Yakima. Jest tam bardzo dużo atrakcji zaczynając od kin i muzeów, przez bardzo popularne tam pola golfowe i skateparki, na sportach wodnych kończąc (i z tego bardzo się cieszę bo znalazłam kilka niezłych spotów, także nie będzie to rok w plecy w kiteboardowej karierze :D achh jeszcze gdybym znalazła jakiś klub piłki ręcznej to byłoby chyba idealnie!).


RODZINKA
czyli Connie i Reed, niestety nie mają dzieci, za to są już trochę doświadczeni w przyjmowaniu wymieńców. Będę ich piątym exchange student, wcześniej były u nich dwie dziewczyny z Norwegii, chłopak ze Szwajcarii i ostatnio chłopak ze Słowacji. Hości są niedużo po czterdziestce, dla obojga jest to drugie małżeństwo i są teraz ze sobą bardzo szczęśliwi. Pracują razem jako inżynierowie, aaaale nie tacy zwykli ;) co prawda nie wiem dokładnie o co chodzi w ich pracy, ale (z tego co mi napisali i poszperałam w Internecie) pracują dla jakiegoś programu rządowego… i w sumie mogę się w to trochę zagłębić bo dużo osób mnie 
 wypytuje co i jak ;) Tak więc podczas II Wojny Światowej badano tu różne pierwiastki promieniotwórcze, konstruowano broń jądrową, itp. Teraz oczywiście nikt tam nie buduje bomby atomowej, tylko raczej zajmują się rozkładaniem tych odpadków radioaktywnych. Na razie wiem jeszcze tylko, że są tam laboratoria, reaktory i takie różne inne chemiczno-fizyczne rzeczy (mam nadzieję, że kiedyś mnie tam zabiorą i dowiem się szczegółów). Wracając do rodzinki, są bardzo aktywni: uprawiają kolarstwo górskie (podobno ekstremalnie), lubią sporty zimowe, backpackingują i często jeżdżą na campingi. Mają 2 psy i codziennie biegają/spacerują z nimi po okolicznych parkach. Jedzą też raczej zdrowo, z czego bardzo się cieszę! Modliłam się żeby nie trafić do takich fastfoodowych couch potatoes. . .Host tata jest zzz Californii!! Do tego gra na perkusji (muszę się nauczyć grać <3) i ma kolekcję starych klasycznych brytyjskich samochodów. Za to host mama jest zzz Nowego Yorku!! I interesuje się profesjonalnie fotografią. Ich rodziny dalej mieszkają w tych miejscach i będziemy ich odwiedzać. Oprócz tego rodzinka chce ze mną zwiedzić całe Zachodnie Wybrzeże <3.  Do tego zapowiada się, że święta spędzimy w Cali, gdzieś blisko LA! Taaak, hości dużo podróżują… po Stanach, ale też jeżdżą dalej (Włochy, Niemcy, Australia, a teraz właśnie są w Norwegii, później jadą do Szwajcarii - odwiedzają swoich byłych wymieńców :D). Są bardzo otwarci i raczej pozytywnie do wszystkiego nastawieni. Lubią poznawać nowe rzeczy, kultury. Często chodzą do muzeów, teatrów i kin. Na razie wszystko wygląda pięknie! Zobaczymy co się okaże na miejscu.
(zdjęć na razie nie dodaję bo jeszcze nie rozmawiałam o tym z rodzinką. Niby drobnostka, ale nie chcę później niepotrzebnych spięć. . .)

SZKOŁA
Będę chodzić do Hanford High School. Na razie nie wiem, kim będę (ale oczywiście chciałabym trafić do seniorów). Szkoła jest nowiutka, tzn. powstała w latach 70. chyba, ale 4 lata temu ją zburzono i wybudowano na nowo. To wszystko jest naprawdę ogromne! Wielki parking, szkoła składa się z kilku oddzielnych budynków, basen, korty tenisowe, boiska do softaballu, baseballu, footballu, soccera, bieżnie, itd. Itp… Chodzi tam ok .1500 uczniów, będą także inni wymieńcy, ale jeszcze ich nie znam.

GO FALCONS!!! :D

Hmm, co jeszcze u mnie. . . jakieś 2 tygodnie temu byłam w Warszawie na spotkaniu z biurem. W sumie mówili to co zawsze (nie można pić, palić, jeździć samochodami, bla bla) plus o tym, że trzeba być zawsze uprzejmym, miłym, uśmiechniętym, itd. Dzień później miałam umówioną rozmowę w ambasadzie i szczerze mówiąc trochę się tego obawiałam, ale jak się okazało nie było się czym martwić. Przemiły konsul po krótkiej rozmowie powiedział, że dostałam wizę (i było to jedyne zdanie, które powiedział po polsku i ach jak to cudownie brzmiało z amerykańskim akcentem:D). Kupiłam też bilety na 22. sierpnia – Warszawa -> Amsterdam -> Seattle -> Pasco, iii jak się okazało aż do Seattle leci ze mną Julka, tam już niestety się rozstaniemy. . . Jeju ale się cieszę, że nie będę sama na tych wielkich lotniskach i przez paręnaście godzin w samolocie!
Niedawno wróciłam z nad jeziora, a teraz właśnie siedzę sobie w hotelu w Warszawie z pięknym widokiem na Pałac Kultury i Złote Tarasy <3. Jutro wyjeżdżam do Lwowa żeby pożegnać się z tamtejszą częścią rodziny : (.

Zostało 14 dni. . . tyle planów, tyle do zrobienia, a tak mało czasu . . .

sobota, 21 lipca 2012

Początek

Wszystko zaczęło się już daaawno temu, bo jakoś w V klasie podstawówki. Moja mama przypadkowo dowiedziała się od znajomej, że istnieje coś takiego, jak "rok w USA". Pomysł bardzo mi się spodobał jednak byłam wtedy jeszcze za młoda żeby spędzić cały rok kilka tysięcy kilometrów od domu u obcych ludzi. . . Pojechałam wtedy na próbę na miesiąc na obóz językowy do Anglii. Niestety później cała sprawa ucichła. . . Wszystko wróciło na początku II klasy gim, kiedy to dowiedziałam się, że znajoma właśnie wyjechała na taki program. Strasznie się w to wszystko wciągnęłam, zaczęłam szukać informacji, szczegółów, czytałam blogi i wątki na gronie. Niestety moim rodzicom nie do końca spodobał się ten pomysł. Długo ich przekonywałam i kiedy już myślałam, że się udało, jednak okazywało się, że nic z tego. Tak mijały kolejne dni, tygodnie… a czas na zgłoszenia powoli mijał. Męczyłam rodziców, tłumaczyłam im jakie to są plusy, że język, że nowa kultura, że takie doświadczenie, itd. i po feriach, jakoś w marcu udało mi się w końcu ich złamać :D. Szybko umówiliśmy się na rozmowę w biurze. Po wybraniu fundacji musiałam napisać test (który był na prawdę łatwy). I oto nadszedł czas na wypełnianie ponad 20str(!) aplikacji, czyli latanie po nauczycielach, lekarzach, informacje o mnie i rodzinie, zainteresowania, oceny, album ze zdjęciami i list do przyszłej host family. Po wysłaniu aplikacji, zadzwoniła do mnie pani z biura, żeby przeprowadzić coś w stylu rozmowy kwalifikacyjnej (tu też nie ma czym się martwić, musiałam opowiedzieć o moich zainteresowaniach i o tym co robiłam w ferie, oczywiście po ang ;) ). Bałam się, że początek kwietnia to już za późno na zgłoszenia, ale na szczęście po kilku dniach dostałam informacje, że oficjalnie zostałam przyjęta na program.


wszystko musiałam wypełnić ręcznie i zeskanować + to samo wypełnić w aplikacji online


Tak wgl jestem Ola, a lecę na I klasę liceum z Fostera, fundacja ISE. Mam już placement, ale o tym w kolejnej notce ;)