piątek, 24 sierpnia 2012

Pierwsze dni : )


Jestem w USA już prawie dwa i pół dnia i jak na razie jest naprawdę super! Jednak tydzień przed wyjazdem był bardzo napięty. Ostatnie załatwianie wszystkiego, pakowanie i najgorsze, czyli pożegnania : ( Trudno było tak po prostu pożegnać się z ukochanymi osobami, odwrócić się i wyjechać. . . W każdym razie dziękuję Wam za te ostatnie dni ;** Dzięki Wam wiem, że mam do kogo wracać.



Moja podróż zaczęła się we rano wtorek (21.08). Po 8h jazdy dotarłam do hotelu w Warszawie, gdzie spędziłam ostatnie kilka godzin z rodzinką. Nie pospałam sobie za długo, już o 3 musiałam wstawać, żeby szybko się ogarnąć, sprawdzić, czy na pewno wszystko mam i przejść na lotnisko. W samolocie zobaczyłam Julię J, niestety siedziałyśmy trochę daleko od siebie, więc sobie nie porozmawiałyśmy. Na szczęście wszystko nadrobiłyśmy później podczas przesiadek. Pierwszy lot z Warszawy do Amsterdamu minął bardzo szybko, a obok mnie siedział miły pan, który opowiadał mi o swoich podróżach po całym świecie (swoją drogą właśnie leciał do Kenii, później do Mozambiku). Do Seattle wylecieliśmy jakieś 2h później i musieliśmy siedzieć przez ten czas w ogromnym samolocie z mnóstwem ludzi w środku z zepsutą klimatyzacją! Na szczęście sam lot był całkiem przyjemny, jedzenie też znośne. Obejrzałam też kilka filmów, a tym razem obok mnie siedziała pani z Californi, która wracała właśnie gdzieś z Afryki (pomagała dzieciom na terenach po klęskach żywiołowych). 






Przez opóźnienie na lotnisku w Amsterdamie byłam pewna, że już nie zdarzę na kolejny lot. Wylądowaliśmy około 12:40, a mój samolot startował o 13:05. . . W tym czasie musiałam odebrać bagaż, nadać go na następny lot, przejść kilka kontroli, odprawę, dotrzeć metrem na 1. stację po czym biec na drugi koniec lotniska do mojego gate’u. Pospieszałam tych urzędników, prosiłam ludzi, żeby mnie wpuścili przed kolejkę, biegałam jak szalona między . . . właśnie. . . Azjatami! Na początku czułam się jakbym wylądowała w Chinach a nie w USA. Koniec końców dotarłam do Pasco, skąd odebrali mnie hości, koordynatorka Shirley i dziewczyna z Niemiec, która przyleciała dzień wcześniej.



Rodzinka zabrała mnie do domu, oprowadziła, aaale nie dała odpocząć. . . Mimo w sumie 30h podróży praktycznie bez snu, musiałam szybko się ogarnąć bo wieczorem czekało nas przyjęcie. Było jak w filmach: ogromny dom z ogrodem i jacuzzi, ludzie stali na środku wielkiego salonu i rozmawiali z drinkiem w ręku, każdy gość przynosił coś od siebie, był też wielki szwedzki stół. Na początku było trochę wired. . . Wszyscy się znali, rozmawiali, a ja ledwo przytomna z przyklejonym uśmiechem (tu inaczej nie można :D) odpowiadałam: ohh hi yeah yeah nice to meet you too yeah nope oh really that’s great yeah yeah. . . Na szczęście później zeszłam do ‘piwnicy’, w której było mini kasyno, barek, stół bilardowy i pingpongowy, plazma, xboxy i inne tego typu gadżety. Tam poznałam przeuroczego chłopaka, jego siostrę bliźniaczkę i starszego brata. Następne kilka godzin spędziłam właśnie z nimi. Obok kręciła się też 10letnia dziewczyna, która chyba miała ADHD! Wróciliśmy dosyć późno i od razu rzuciłam się na łóżko i padłam. Zapomniałam aparatu, więc zdjęcia dodam kiedy indziej. Zapowiada się, że jeszcze nie raz tam pójdę J 
Następnego dnia obudziłam się przed 5. . . może to przez zmianę czasu. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo dzięki temu poskypowałam sobie z rodzinką i znajomymi <3 o 9 przyjechała po mnie Connie i pojechałyśmy do szkoły ustalać plan lekcji. Nie powiem. . . wzięłam ciężkie przedmioty, ale to dlatego, żeby nie zawalać roku w Polsce. Po południu poszłam zobaczyć jak mniej więcej wyglądają tutaj treningi. W sezonie jesiennym nie ma zbytnio fajnych sportów, więc zostaje mi soccer. . . nigdy w to nie grałam i poszłam w sumie z ciekawości na try outs, ale poznałam ok 50 dziewczyn, z 10 można powiedzieć zakolegowałam się bliżej. Są naprawdę porządnie pieprznięte, czyli dogadujemy się świetnie :D  

Dzisiaj znowu obudziłam się przed 5 ; / O 9 miała przyjechać po mnie koordynatorka z Niemką i miałyśmy jechać do szkoły poznać innych wymieńców, mieli też nas oprowadzać po szkole (w sumie już wiem, że oprowadzi nas ‘syn’ counselor. Był on wymieńcem kilka lat temu, bardzo mu się spodobało i tak zżył i polubił się z rodzinką, że jest tu już trzeci rok. Nie wiem dokładnie skąd jest, ale na pewno z Europy. Counselorka powiedziała mi, że jak usłyszał, że przyjeżdża dziewczyna z Polski strasznie się ucieszył, jest so excited i już nie może się doczekać kiedy mnie pozna J Nie wiem co się dzieje, ale jest już 10:15 i nikt nie przyjechał, telefonów też nikt nie odbiera. . . Po południu idę na pierwszy trening soccera i kurcze szczerze mówiąc trochę się boję. Te dziewczyny grają od małego, a ja może z pięć razy kopnęłam piłkę na podwórku z kuzynami. . . Wczoraj mówiły, że nie mam się czego bać, a jakbym czegokolwiek potrzebowała, nie wiedziała, itd. to od razu mi pomogą J W każdym razie kupiłam już sobie cały soccerowy equipment.


Z rodzinką dobrze się dogaduję, od początku czuję się tu swobodnie. Mam swój pokój i łazienkę, jednak najbardziej lubię naszą ‘piwnice’, gdzie znajduję się ogromny telewizor, kino domowe, płyty iii perkusja <3 (zresztą jak na razie wszyscy, u których byłam mają odjechaną piwnicę!). Na razie jedyne co zaczyna mnie trochę denerwować to psy. . . Są wielkie, zarośnięte, trochę agresywne i mają wiecznie mokre śmierdzące gęby ;/ Z językiem też nie mam żadnych problemów, nooo może z wyjątkiem głównego trenera, który jest. . . w sumie jeszcze nie wiem skąd, ale ma strasznie mocny akcent i często przekręca słowa, także nawet Amerykanie go nie rozumieją.

Jak na razie wszystko układa się naprawdę świetnie. W piątek jadę z Aleną  (dziewczyna z Niemiec) na coś w rodzaju festynu/parady, a w sobotę jeżeli nie będzie treningu jadę z hostami do Portland :D
Buziaki ;**

środa, 8 sierpnia 2012

Placement


Ok, tak jak obiecałam będzie notka o placemencie.

Jak już pisałam wcześniej, strasznie późno zgłosiłam się do tego programu i prawdę mówiąc bałam się, że w ogóle dostanę rodzinę. Przez pierwszy miesiąc dosłownie co godzinę sprawdzałam skrzynkę, ale cały czas żadnej wiadomości od biura, aż w końcu sobie z leksza odpuściłam… 
Koniec maja, było jakoś po południu, siedziałam w kawiarni z przyjaciółmi na starówce w Warszawie i wcinałam szarlotkę popijając gorącą czekoladą. . . nic niczego nie zapowiadało . . . gdy nagle telefon od mamy: dzwoniła pani z biura, dostałaś placement! Przez chwilę nie mogłam w to uwierzyć, po czym zaczęłam się cieszyć jak głupia, co Kacperek uwiecznił jakże pięknym zdjęciem ;| Dowiedziałam się tylko, że trafiłam do Waszyngtonu. Po chwilach radości przyszedł czas zastanowienia, a później lekkiego niepokoju. Po kilku dniach dostałam jeszcze informacje o 
 rodzinie, mieście, okolicy i nowej szkole (czyli przysłali mi nazwę szkoły i miasta, informacje, że najbliższe duże miasto jest oddalone o 200mil, brzydkie zdjęcia okolicy, imiona rodziców i w zainteresowaniach było napisane: walking. . .). Ehh muszę przyznać, że co raz bardziej zaczynało mi się to nie podobać, a do tego doszło jeszcze parę innych problemów. Myślałam nawet o zmianie rodziny lub przełożeniu wyjazdu na za rok. Jednak przetrwałam ten kryzys i chyba dobrze na tym wyszłam J Okazało się też, że wystąpił błąd w systemie (bo pełny placement dostałam dopiero kilka dni temu), ale na szczęście rodzinka już wcześniej napisała do mnie maila i bezpośrednio wysłali mi wszystkie informacje i zdjęcia.
To może po kolei:

MIASTO
Trafiłam do Richland w stanie Waszyngton. 


Na początku bałam się, że będzie tam zielono i mokro. . .nic z tych rzeczy! Richland leży tuż przy granicy z Oregonem i jest to półpustynny teren, wokół dużo skał, gór, stepy i praktycznie w ogóle tam nie pada (ewentualnie śnieg zimą), jest sucho, ciepło i słonecznie. 


Same miasto nie jest specjalnie duże (50 tys. mieszkańców), ale już samo Tri-cities wydaje się być spore. W jego skład wchodzą 3 sąsiednie miasta: Richland, Kennewick i Pasco, leżące nad 3 rzekami: Colubia, Snake i Yakima. Jest tam bardzo dużo atrakcji zaczynając od kin i muzeów, przez bardzo popularne tam pola golfowe i skateparki, na sportach wodnych kończąc (i z tego bardzo się cieszę bo znalazłam kilka niezłych spotów, także nie będzie to rok w plecy w kiteboardowej karierze :D achh jeszcze gdybym znalazła jakiś klub piłki ręcznej to byłoby chyba idealnie!).


RODZINKA
czyli Connie i Reed, niestety nie mają dzieci, za to są już trochę doświadczeni w przyjmowaniu wymieńców. Będę ich piątym exchange student, wcześniej były u nich dwie dziewczyny z Norwegii, chłopak ze Szwajcarii i ostatnio chłopak ze Słowacji. Hości są niedużo po czterdziestce, dla obojga jest to drugie małżeństwo i są teraz ze sobą bardzo szczęśliwi. Pracują razem jako inżynierowie, aaaale nie tacy zwykli ;) co prawda nie wiem dokładnie o co chodzi w ich pracy, ale (z tego co mi napisali i poszperałam w Internecie) pracują dla jakiegoś programu rządowego… i w sumie mogę się w to trochę zagłębić bo dużo osób mnie 
 wypytuje co i jak ;) Tak więc podczas II Wojny Światowej badano tu różne pierwiastki promieniotwórcze, konstruowano broń jądrową, itp. Teraz oczywiście nikt tam nie buduje bomby atomowej, tylko raczej zajmują się rozkładaniem tych odpadków radioaktywnych. Na razie wiem jeszcze tylko, że są tam laboratoria, reaktory i takie różne inne chemiczno-fizyczne rzeczy (mam nadzieję, że kiedyś mnie tam zabiorą i dowiem się szczegółów). Wracając do rodzinki, są bardzo aktywni: uprawiają kolarstwo górskie (podobno ekstremalnie), lubią sporty zimowe, backpackingują i często jeżdżą na campingi. Mają 2 psy i codziennie biegają/spacerują z nimi po okolicznych parkach. Jedzą też raczej zdrowo, z czego bardzo się cieszę! Modliłam się żeby nie trafić do takich fastfoodowych couch potatoes. . .Host tata jest zzz Californii!! Do tego gra na perkusji (muszę się nauczyć grać <3) i ma kolekcję starych klasycznych brytyjskich samochodów. Za to host mama jest zzz Nowego Yorku!! I interesuje się profesjonalnie fotografią. Ich rodziny dalej mieszkają w tych miejscach i będziemy ich odwiedzać. Oprócz tego rodzinka chce ze mną zwiedzić całe Zachodnie Wybrzeże <3.  Do tego zapowiada się, że święta spędzimy w Cali, gdzieś blisko LA! Taaak, hości dużo podróżują… po Stanach, ale też jeżdżą dalej (Włochy, Niemcy, Australia, a teraz właśnie są w Norwegii, później jadą do Szwajcarii - odwiedzają swoich byłych wymieńców :D). Są bardzo otwarci i raczej pozytywnie do wszystkiego nastawieni. Lubią poznawać nowe rzeczy, kultury. Często chodzą do muzeów, teatrów i kin. Na razie wszystko wygląda pięknie! Zobaczymy co się okaże na miejscu.
(zdjęć na razie nie dodaję bo jeszcze nie rozmawiałam o tym z rodzinką. Niby drobnostka, ale nie chcę później niepotrzebnych spięć. . .)

SZKOŁA
Będę chodzić do Hanford High School. Na razie nie wiem, kim będę (ale oczywiście chciałabym trafić do seniorów). Szkoła jest nowiutka, tzn. powstała w latach 70. chyba, ale 4 lata temu ją zburzono i wybudowano na nowo. To wszystko jest naprawdę ogromne! Wielki parking, szkoła składa się z kilku oddzielnych budynków, basen, korty tenisowe, boiska do softaballu, baseballu, footballu, soccera, bieżnie, itd. Itp… Chodzi tam ok .1500 uczniów, będą także inni wymieńcy, ale jeszcze ich nie znam.

GO FALCONS!!! :D

Hmm, co jeszcze u mnie. . . jakieś 2 tygodnie temu byłam w Warszawie na spotkaniu z biurem. W sumie mówili to co zawsze (nie można pić, palić, jeździć samochodami, bla bla) plus o tym, że trzeba być zawsze uprzejmym, miłym, uśmiechniętym, itd. Dzień później miałam umówioną rozmowę w ambasadzie i szczerze mówiąc trochę się tego obawiałam, ale jak się okazało nie było się czym martwić. Przemiły konsul po krótkiej rozmowie powiedział, że dostałam wizę (i było to jedyne zdanie, które powiedział po polsku i ach jak to cudownie brzmiało z amerykańskim akcentem:D). Kupiłam też bilety na 22. sierpnia – Warszawa -> Amsterdam -> Seattle -> Pasco, iii jak się okazało aż do Seattle leci ze mną Julka, tam już niestety się rozstaniemy. . . Jeju ale się cieszę, że nie będę sama na tych wielkich lotniskach i przez paręnaście godzin w samolocie!
Niedawno wróciłam z nad jeziora, a teraz właśnie siedzę sobie w hotelu w Warszawie z pięknym widokiem na Pałac Kultury i Złote Tarasy <3. Jutro wyjeżdżam do Lwowa żeby pożegnać się z tamtejszą częścią rodziny : (.

Zostało 14 dni. . . tyle planów, tyle do zrobienia, a tak mało czasu . . .