czwartek, 13 września 2012

Jeszcze z Richland...

W sumie długo się nie odzywałam, a działo się duuużo… i dobrego i złego…

Niestety sprawdziły się moje najgorsze przypuszczenia sprzed wyjazdu, co do hostów. Wgl do siebie nie pasujemy. Jakoś na początku mojego pobytu poszliśmy na festyn i zamiast bawić się, szaleć na karuzelach, mini roller costerach i wcinać kolorową watę cukrową, my przez kilka godzin oglądaliśmy zwierzęta w stodołach, czy czymś takim. . . Ekscytujące to było nie powiem!

Fun!!!

bo przecież po co tam iść :(

Na szczęście jak już zbieraliśmy się do wyjścia, zaciągnęłam ich na pokaz hipnozy. To było naprawdę niesamowite! Hipnotyzer wziął kilkanaście osób z widowni, zahipnotyzował ich i kazał robić różne rzeczy. Niestety przyszliśmy na koniec występu, więc widziałam tylko, jak wmówił im, że jest niewidzialny! Siadał na nich, łapał ich z nienacka, ruszał przedmiotami i mówił różnymi głosami, a na koniec po kolei ich ‘usypiał’ (haha najlepsze było, jak został tylko jeden chłopak, reszta już spała, hipnotyzer do niego: nnno zostaliśmy tylko ty i ja! Chłopak przestraszony, nie wie co się dzieje. Hipnotyzer dalej: wiesz kim jestem? A chłopak klęka na scenie i krzyczy: Tak! Tak! To Jezus! Ludzie, czy wy też to słyszycie! :D). Ogólnie to ci ludzie histeryzowali, biegali po scenie, chowali się za krzesłami, albo za innymi ludźmi, byli naprawdę panicznie przestraszeni! Później, gdy wszyscy spali, hipnotyzer podchodził po kolei, dotykał ich i mówił: ty, ty i ty, jak powiem … to wy zrobicie … . Obudził ich i wszyscy wrócili na swoje miejsca na widowni. Później hipnotyzer mówił te umówione słowa i nagle ludzie robili różne rzeczy. Nie pamiętam już wszystkiego, ale było tam coś, że kazał dziewczynie dać występ jak Lady Gaga, a innym trzem osobom kazał tańczyć, jak jej tancerze. Innej dziewczynie wmówił, że jest na przesłuchaniu do reklamy, haha i najlepsze: wmówił chłopakowi, że jest Barbie, dał mu perukę i balony i na umówione wcześniej słowo, chłopak wbiegł na scenę zaczął pozować, a później zaczął śpiewać tą Barbie song! Haha to było genialne <3 Mam filmiki, ale nie chcą mi się wgrać ;/ 

Jeszcze wracając do hostów, nic się nie zgadza z tym, co napisali w aplikakcji. Connie nie ma pojęcia o aparatach i fotografii, Reed umie zagrać może jedną piosenkę na perkusji, ogólnie nie są zbytnio aktywni, ani poukładani (często musiałam na nich długo czekać, przez co spóźniałam się na trening, mecz, itd.), a ich praca… napisali że są nie wiadomo jakimi inżynierami bla bla, a tak naprawdę siedzą tylko przy komputerze i spisują jakieś dane. Dom też nie jest najpiękniejszym miejscem, już nawet pomijając styl i umeblowanie, taki jakby chaos tam panuje, wszystko jest wszędzie, nno i do tego zabawki i sierść psów… Zapach też nie był przyjemny… Nie chcieli ze mną rozmawiać, większość czasu w domu spędzałam sama. Było ciężko, bo nie dość tego że sama sytuacja wymieńca nie jest najłatwiejsza, to jeszcze takie zachowanie hostów… Na szczęście w szkole, po szkole (nie w domu) i na treningach było super! Poznałam mnóstwo wspaniałych ludzi na soccerze, lekcjach, przerwach, a tu nauczyciele są jak twoi przyjaciele… Szkoda, że musiałam ich wszystkich zostawić i nie miałam nawet chwili, żeby się pożegnać : (

Teraz spróbuję nadrobić te najważniejsze sprawy:

We wtorek (28.08) był pierwszy dzień szkoły. Na początku trochę się denerwowałam, a po pierwszych dwóch lekcjach myślałam, że się załamię! Klasa okropna, a nauczyciel chyba sam nie wiedział o czym mówił… Na szczęście później było już tylko lepiej :D Zmieniałam plan kilka razy, najpierw miałam: BioTech, Physics, American Lit, World Hisotry, Photography,(w drugim semestrze US Goverment) i Calculus. Wszystko na najwyższych poziomach i bałam się, że nie dam rady, ale okazało się, że wszystko co mamy zrobić przez ten rok, ja miałam w gimnazjum… Zmieniłam BioTech na Human Anathomy & Phisiology. Myślałam, że bd tam trochę praktyki, itd. Jednak materiał i to wszystko wydawało się strasznie nudne, więc zmieniłam tą klasę na Spanish. Physics zmieniłam na Chemistry i było warto. Super nauczyciel, super ludzie, ciekawe lekcje, właściwie sama praktyka w lab J Na American Lit poznałam najlepszych ludzi, z którymi później spędzałam większość czasu :)  Właśnie jeden z nich (Nate) poznał mnie z dziewczyną z Polski! Tzn. ona urodziła się w Polsce, przeprowadziła się do US, wróciła do Polski i tak jeszcze kilka razy… W sumie było trochę dziwnie rozmawiać z kimś na żywo po polsku :D Oczywiście wszyscy nasi znajomi zgromadzili się w kółku i słuchali tego ‘śmiesznego języka’ J. Na World History byłam najstarsza ;o Mimo, że to poziom collage! Wszyscy byli bardzo mili, a nauczyciel mr. Leggett  jest po prostu niesamowity! Wszyscy siedzieliśmy jakby zaczarowani, gdy on o czymś opowiadał, swoją drogą ma na prawdę ciekawe podejście do tematów. Niestety mimo tego, że jestem wymieńcem nie było zmiłuj… codziennie kilka stron esejów, w których musieliśmy opisywać swoje zdanie, swój pogląd na to czy tamto… Na Photography uczyliśmy się jak działają aparaty i robiliśmy zdjęcia najprostszym urządzeniem, czyli metalową puszką z małą dziurką. W ciemni wkładaliśmy do tej puszki papier na zdjęcie, zamykaliśmy ją szczelnie i zakrywaliśmy dziurkę. I tu robiło się trochę trudniej, bo musieliśmy znaleźć dobre miejsce na zdjęcie, odkryć dziurkę i poczekać jakiś czas (trzeba było dobrze wyczuć, ile światła potrzeba, żeby zdjęcie nie było za jasne, ani za ciemne, a to jest różnica 2s . . .) Ostatnia lekcja – matma. Na początku się przestraszyłam, bo nie miałam pojęcia o co chodzi. Oni mają zupełnie inne sposoby rozwiązywania zadań i patrzyli na mnie jak na dziwaka . . . Haha pierwszy raz poczułam się głupia na matmie :D Jednak po dwóch dniach, kiedy opanowałam słownictwo, zobaczyłam, że to wszystko jest prościutkie. Lekcje wyglądały tak, ze nauczycielka napisała na tablicy zadania, które mamy zrobić w 3 dni, a jak sobie to rozłożymy to nasza sprawa. Ja robiłam dużo na lekcji, ale zostawało też do domu.., średnio 20 zadań, bardzo prostych, ale mozolnych. Był to najwyższy poziom, więc pomyślałam sobie, że po co mam marnować czas w szkole i kilka godzin w domu na robienie nudnych zadań, skoro i tak do tego muszę zrobić polską matmę… Kolejnego dnia zmieniłam Calculusa na Drums. Młody, wyluzowany nauczyciel, śmieszna klasa, a uczyło nas dwóch seniorów, którzy już naprawdę świetnie grają na perkusji. Tam też poznałam kilka fajnych osób :D 

Byłam pod wrażeniem zaangażowania ludzi w szkole. Przewodniczący na prawdę ciężko pracują, wymyślają różne eventy, zabawy. Co chwile pojawiało się jakieś wydarzenie na facebooku i ludzie na prawdę się w to wkręcali. Uczniowie z drobną pomocą nauczycieli, prowadzą coś w rodzaju HanfordTV. Codziennie pod koniec trzeciej lekcji (u mnie AmeLit) gasiliśmy światła i nauczycielka puszczała nam wiadomości na smartboardzie (btw. w każdej klasie takie są plus rzutniki, laptopy, tablety, drukarki, kopiarki, telefon, itd. itp.). Mówili ogólnie, co się dzieję w szkole, np. kiedy będzie spotkanie klubu, kiedy mecz, itp. Zazwyczaj był też wywiad z kimś z drużyny, albo z nauczycielem. Mówili też, kto ma w tym dniu urodziny, co dobrego będzie na lunch i jaki jest dzień (tu każdy dzień ma taką jakby nazwę, np. 'dzień mniej solenia', 'dzień uśmiechu'). Po tym wszyscy wstawali na baczność z ręką na sercu i zwróceni w kierunku flagi mówili coś w rodzaju przysięgi. Jak mi to Nate tłumaczył: taki jakby nasz hymn, ale nie hymn...:D




szkolna gazetka
Jedyne zdjęcie z ukrycia... Tam są podobno straszne kary za używanie telefonów na lekcjach :O

Dużo osób pyta mnie o lunch. W sumie nie miałam stałego miejsca, jadłam z różnymi ludźmi (najczęściej z dziewczyną z Polski, jest świetna :D), z dziewczynami z soccera, albo z wymieńcami. Muszę też obalić stereotypy o popularnych footballistach i wrednych cheerleaderkach . Tu większość footballistów jest niższa ode mnie ;o, tzn. jest kilka porządnie wyglądających seniorów, ale reszta to dzieciaki i nie są zbytnio znani w szkole. Cheerleaderki są bardzo miłe, ciągle się do wszystkich uśmiechają. Za to zauważyłam, że niektóre dziewczyny z soccera podchodzą pod typ wrednej cheerleaderki…

Właśnie! Co do soccera, było tam cudownie. Mimo tego, że nigdy wcześniej nie grałam, wszyscy mnie wspierali, krzyczeli: good job, nice try, itd. Haha, musielibyście zobaczyć moją minę... w sumie to minę wszystkich, jak w pierwszym dniu na meczu treningowym strzeliłam jedynego gola ;o Treningi były bardzo ciężkie, kondycja, siła, plus zagrywki w strasznym upale. I jeszcze to suche powietrze… Ale wspierałyśmy się nawzajem i dawałyśmy jakoś radę morderczym wymysłom Kena. Swoją drogą, długo nie mogłam się przyzwyczaić, żeby mówić do trenerów i nauczycieli na ty…



W każdy piątek jest Falcon Day i lekcje są skrócone o 10min, co daje koniec szkoły godzinę wcześniej. Nie dało się przesunąć treningu, więc większość drużyny zostawała i czekała na hali. Wysyłałyśmy też kilka osób po shake i napoje dla wszystkich :D Było bardzo śmiesznie! Miałyśmy całą część sportową dla siebie i robiliśmy rzeczy... których raczej nie można robić przy nauczycielach na wfie, czy na treningach :)


W piątek, jak przed każdym meczem u siebie, miałyśmy team dinner. W sumie nic nadzwyczajnego, wielki, piękny dom z ogrodem i widokiem na góry, wielki szwedzki stół, mnóstwo jedzenia i picia, taaki tam standardzik tutaj :D Spędziliśmy świetnie czas i też trochę lepiej się poznałyśmy.


Ok 18 wszystkie obowiązkowo wybrałyśmy się na pierwszy mecz footballu w sezonie. Ta gra wydaje się być bez sensu, za to atmosfera i ten school spirit niesamowite! Wszyscy krzyczeli, śpiewali, tańczyli. O dziwo nasza drużyna wygrała :O haha nie chcę być wredna, ale pewnie to będzie ich jedyne zwycięstwo w sezonie :)





Za to dzień później, to my miałyśmy swój pierwszy mecz i wygrałyśmy jakieś 5:0! Kolejny mecz był we wtorek i tam też wygrałyśmy, tym razem 7:0! Niestety nie mogłam grać, bo przyjechałam za późno i do tej pory byłam na 6 treningach (muszę mieć 10). Mimo tego Ken przymknął na to oko i miałam zagrać już w czwartek… Niestety trochę się pozmieniało…






W długi weekend  pojechaliśmy z hostami na wycieczkę. Ponad cztery godziny jazdy z cuchnącymi psami obok. Myślałam, że zaraz umrę, ale powtarzałam sobie, że dla Seattle warto wytrzymać! Taaa dla Seattle może i warto, ale nie dla tego, co zobaczyłam. Kochani hości pokazali mi port… z kilku stron… Szczegół, że mieszkam nad morzem i takie widoki nie są mi obce. Widziałam też targ rybny… Z fajniejszych rzeczy, poszliśmy do nastrojowej knajpki, a później na Space Needle. Cała wycieczka była robiona pod psy, więc nie obeszło się bez wizyt w psich parkach… I w sumie to koniec, na pewno nie tak wyobrażałam sobie wycieczkę do Seattle : ( Nie mam za dużo fotek, bo w sumie nie było czemu robić zdjęć . . .




I w sumie to by było na tyle z Richland... przepraszam za tak długą notkę, o ile komuś chciało się to wgl czytać :D

Buziaki :**